Cześć i czołem ludzie! ✋
Czas na drugi post... póki co się nie zniechęciłam 😀
Wróćmy do początków... :)
Jak pisałam w pierwszym poście, większa część mojego życia można zaliczyć do sielanki. Zawsze miałam co chciałam, wszystko mi się udawało, masa przyjaciół i znajomych, ulubienica nauczycieli itd itd
Szkoła podstawowa i gimnazjum - to było życie! Nie uczyłam się nic, a czerwone paski były zawsze. Nauczyciele mnie kochali - zdolna, zawsze przygotowana, śpiewa, tańczy, recytuje, jest w samorządzie szkolnym -IDEAŁ. Także krótko mówiąc, okres szkoły minął przyjemnie i bez problemów, aż czasami mam ochotę wrócić do tych pięknych, błogich lat :(
Potem było liceum... oczywiście jedno z lepszych w Częstochowie, no bo jakby inaczej. Wylądowałam w VII LO im. Mikołaja Kopernika, czyli do cudownego Koperniczka <3 Dostałam się oczywiście bez większych problemów, bo przecież z gimnazjum wyszłam z super ocenami, opinią, osiągnięciami itd. Boże... jak ja sobie słodzę, aż samej mi niedobrze jak to pisze...
Lata spędzone w liceum były oczywiście jeszcze lepszymi czasami niż gimnazjum. Pierwsze "grube" imprezy, osiemnastki, studiniówki, nowi znajomi, wagary, nic nie robienie - krótko mówiąc tańce, hulance, swawole.
Z racji mojego życiowego "farta" trafiła mi się naaaajleeeepsza wychowawczyni jaką można sobie było wymarzyć <3 nie robiła afer o moje wieczne wagary, nieobecności - ba! sama czasami mnie zwalniała z jakiś lekcji na które średnio chciałam iść, np. angielski. Oczywiście miałam wierną kompankę moich wagarów - Wiola! Z Wiolą mam kontakt do dzisiaj, nawet bardzo dobry kontakt, dalej hulamy na kawusie, na zakupki - niczym w liceum!
Nadszedł czas matury... zaczęłam się do niej trochę uczyć, bo przecież to jest najtrudniejszy egzamin życia, jest tak ciężko i w ogóle hard core... BZDURA BZDURA BZDURA! Tą całą maturę to ja bym mogła pisać codziennie.
Na samą maturę jechałam posrana w gacie po pas... pierwsza była z języka polskiego. (Oczywiście przed salą wszyscy obstawiali jakie będą lektury i wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że za wiele to ja chyba nie umiem). Poszłam do sali, usiadłam, dostałam arkusz, otworzyłam go i wtedy prawie wybuchłam śmiechem czytając tą całą "trudną" maturę 😅.
Rozwaliłam ten arkusz w ok godzinę. Rozprawkę machnęłam na 3 strony, jak dostałam weny tak nie mogłam skończyć pisać. Stwierdziłam, że szybko poszło, więc posiedzę jeszcze, bo dookoła wszyscy siedzieli z nosami w kartkach i pisali, pomyślałam wtedy że na bank napisałam wszystko źle skoro tak szybko skończyłam... no ale nic, nie ma sensu siedzieć, tak więc oddałam kartkę, dziękuję do widzenia. Wyszłam z sali i tam czekał już nasza wychowawczyni, zapytałam ją tylko czy to właśnie był ten najtrudniejszy egzamin w życiu? Zdanie prawo jazdy było dla mnie znacznie trudniejsze...
Maturka minęła szybko i sprawnie, wszystko zdane perfekcyjnie, więc nadszedł czas na studia!
Na studia poszłam do Opola, studiowałam Dziennikarstwo i Komunikację Społeczną. Studia to już w ogóle była sielanka! Wieczne imprezy, na uczelnie wpadałam sporadycznie, bądź na te zajęcia na które chodzić musiałam. Oprócz studiowania zdecydowałam się tez pracować, bo przecież miałam tyle wolnego czasu, że umarłabym z nudów :D zostałam kelnerką, super praca na czas studiów, dobre napiwki, super kasa, niczego mi nie brakowało. Ogólnie trzy lata studiowania (licencjat) były super latami. Poznałam tysiące wspaniałych ludzi, zdobyłam doświadczenie w pracy, zarabiałam fajną kasę, usamodzielniłam się.
Moja passa trwała zbyt długo... ostatni rok studiów, wtedy zaczęło się wszystko sypać... poznałam faceta, który jest ojcem mojego dziecka. I wszystko fajnie, pięknie ale właśnie od tego czasu wszystko szło psu na budę...
Ciąg dalszy nastąpi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz